środa, 2 września 2015

Post No.129: Największa Wyspa Irlandii - Achill

Gdyby ktoś się nas zapytał, dlaczego do tej pory nie zwiedziliśmy wyspy Achill, odpowiedziałbym: nie wiem. Nie mamy żadnego logicznego wyjaśnienia, dlaczego przez tyle lat omijaliśmy ten odległy zakątek Irlandii. W zeszłym roku, jadąc z Downpatrick Head, gdzie Święty Patryk walczył z Diabłem, widzieliśmy tablicę kierunkową z napisem Achill, lecz tylko minęliśmy ją, gdyż wracaliśmy już do domu...
Post Nr.74
Teraz postanowiliśmy, że bez względu na pogodę, wybierzemy się na tę Największą Wyspę Irlandii.
I tak też zrobiliśmy: pewnego dnia, ruszyliśmy z samego rana i po niemalże czterogodzinnej jeździe, znaleźliśmy się u bram Achill...
Znaleźliśmy się na jedynym moście, który łączy wyspę Achill z lądem.
To oczywiście najnowsza budowla, następczyni dwóch poprzednich, która musiała zostać dostosowana do ruchu panującego na drogach w XXI wieku.
Pierwszy, zbudowany w 1887 roku mostek, pozwalał tylko na przemieszczanie się pieszych oraz zaprzęgowych dwukółek...
National Library of Ireland.  Foto: Robert French.
National Library of Ireland.  Foto: Robert French.
Tuż koło mostka istniała kiedyś stacja kolejowa, po której po dzień dzisiejszy widoczne są niewielkie ślady.
To w 1894 roku zadecydowano o przedłużeniu linii kolejowej, ciągnącej z Newport aż do Achill.
National Library of Ireland.  Foto: Robert French.
Mało osób wie, że w związku ze stacją i koleją, sprawdziła się starożytna przepowiednia proroka Brian'a Rua, który pewnego dnia powiedział, że "wózki na kółkach z żelaza" poniosą ciała do Achill na ich pierwszej, jak i ostatniej podróży.
Tak stało się w istocie: 14 czerwca 1894 roku, jedna z łodzi płynących do Westport, przechiliła się na bok i utonęła. Na pokładzie przebywało ponad sto osób i wszyscy byli mieszkańcami wyspy Achill. Stało się tak, gdy wszyscy pasażerowie przesunęli się na jedną z burt, chcąc zobaczyć przepływający obok piękny żaglowiec SS Elm. Podjęto natychmiastowe działania, polegające na ratowaniu przebywających w wodzie ludzi. Niestety 32 osoby utonęły, więc zadecydowano, że ich ciała zostaną przewiezione koleją na wyspę, co uczyniono, a los sprawił, że był to pierwszy transport ku wyspie Achill.
Ponad czterystu mieszkańców, zamiast wiwatować z radości z nowego połączenia, opłakiwało przybycie swoich zmarłych sąsiadów. Do dnia dzisiejszego, na jednym z cmentarzy widnieje nagrobek z wyrytymi nazwiskami uczestników tragedii.
National Library of Ireland.  Foto: Robert French.
 Druga przepowiednia spełniła się w 1937 roku.
W odległej Szkocji, w miasteczku Kirkintilloch, przebywało wielu mieszkańców wyspy Achill, którzy przybyli do tak odległego miejsca jako pracownicy sezonowi przy zbiorze ziemniaków. W tamtych czasach było to normą. Policzono nawet, że około 4.000 ludzi rocznie z hrabstwa Mayo, udawało się do Szkocji w celach dorobkowych.
Tragedia wydarzyła się około pierwszej w nocy 16 września 1937 roku.
Budynek, w którym żyli imigranci zajął się ogniem i dość szybko spłonął, co nie może dziwić, gdyż baraki zbudowane były z drewna i zadaszone słomą.
Rankiem, wewnątrz pogorzeliska odkryto spalone ciała dwunastu mężczyzn oraz czternastu kobiet. Wszyscy byli mieszkańcami wyspy Achill...
Ponownie, tłum czarno odzianych wyspiarzy czekało na stacji na najbliższych...
Po tej tragedii, zaledwie dwa tygodnie później, kolej została zamknięta a tory rozebrane.
Zdjęcie ze strony: www.teachcruachan.com
 Pokonujemy mostek i znaleźliśmy się w miejscu, w którym nie uświadczysz żadnego drzewa, przede wszystkim przez torfową glebę, która aż w 87% pokrywa wyspę oraz przez zimny, wiejący z nad Atlantyku, wiatr.
Skręcamy w lewo, w lokalną drogę L1405 dzięki której zwiedzimy dzisiaj południową stronę Achill, mniej znaną, lecz mamy nadzieje że również nie mniej urokliwą.
Mijając pojedyncze domki rozsiane wzdłuż drogi, docieramy do zachodniego końca wyspy.
Już tutaj, na lewo od nas wyłaniają się klify, do której prowadzi kręta, asfaltowa droga.
Po pokonaniu wzniesienia, znaleźliśmy się na szczycie klifu i zatrzymaliśmy samochód na niewielkim parkingu.
Gdy wyszliśmy z auta, uderzyło nas chłodne, lecz jak rześkie powietrze.
I jak za każdym razem, gdy znajdujemy się na Atlantykiem, tak i tym razem jesteśmy urzeczeni widokami...
Zdaje się, że zupełnie nieświadomie, zrobiliśmy prawie identyczne zdjęcie, jak Robert French, którego zdjęcia, wykonane w XIX wieku, z wielką przyjemnością umieszczamy na naszym blogu. Jak widać, nic w krajobrazie się nie zmieniło...
National Library of Ireland.  Fot.: Robert French
Za naszymi plecami, na pobliskim stoku dawno temu, mieszkańcy Achill hodowali ziemniaki.
Ziemniaczane grządki, po mimo upływu wielu lat, wciąż są widoczne
Ruszyliśmy dalej, gdyż na parkingu zrobiło się niespodziewanie i tłoczno i głośno zarazem.
Zostawiamy piękną, choć smutną z braku słońca, panoramę klifów Achill i ruszamy dalej, na południe...
Pokonujemy następne kilometry drogą pomiędzy jałowymi połaciami torfu. Aż dziw bierze, że w tak niegościnnym dla człowieka miejscu, znajdują się murki wyznaczające własności.
Dojeżdżamy do niewielkich klifów w okolicach Claggan.
Zatrzymujemy się tutaj i ponownie wychodzimy na zewnątrz.
Za naszymi plecami rozciąga się panorama miejsca, na którym byliśmy 10 minut temu...
Tuż obok nietypowa rozpadlina, przy której nie czujemy się zbyt pewnie. Chciałoby się podejść bliżej, ale czujemy pod stopami, że grunt jest nieco miękki.
Doskonale za to słychać, jak fale z wielką siłą zatrzymują się na twardych skałach wyspy Achill.
Idziemy wzdłuż tej rozpadliny aż do jej końca.
Ciężko nam się stąpa gdyż ziemia jest usiana owczymi bobkami, licząc chyba w miliardach. Dochodzimy do końca lądu i z jakąś fascynacją obserwujemy wodny szał, który rozgrywa się na naszych oczach. Choć to nie sztorm, trudno nie docenić siły fal, które z hukiem uderzają w skały...
Po prawej stronie, zauważamy jakieś stary, metalowy rodzaj masztu oraz wciągarkę. Prawdopodobnie kiedyś miejscowi, wykorzystywali ten wąski przesmyk do wyciągnięcia połowów, gdyż w pobliżu nie ma normalnego zejścia do wody.
Jałowa, torfowa ziemia i zimny, porywisty wiatr, który daje o sobie znać praktycznie przez każdy dzień w roku.
Jak musiało wyglądać tu życie wiele lat temu? Jakimi twardymi ludźmi, musieli być mieszkańcy wyspy Achill? Nie sposób sobie tego wyobrazić...
National Library of Ireland. Fot.: Robert French.
W ten sposób dojechaliśmy na sam koniec wyspy, od strony południowej.
Na przeciw nas, znajduje się półwysep, na brzegu którego widzimy ruiny kilku domów, w których kiedyś tętniło życie.
Z każdym przebytym kilometrem, powoli zbliżaliśmy się z powrotem do Mostu, którym przejechaliśmy na początku naszej wycieczki a tym samym widzieliśmy również coraz więcej gospodarstw, które znajdowały się tuż przy drodze.
 Po prawej mijamy wieżę, która do złudzenia przypomina wieże zbudowane przez Napoleona, lecz ta jest znacznie starsza, datę budowy szacuję się na XV wiek.
To Granuaile Tower, trzykondygnacyjna wieża, zbudowana nie przypadkiem, właśnie w tym miejscu. Strzegła wejścia do zatoki i podobno kiedyś, mieszkała w niej legendarna Królowa Piratów Grace O'Malley.
National Library of Ireland. Fot.: Robert French
National Library of Ireland. Fot.: Robert French
W ten sposób zatoczyliśmy kółko (na mapie kolor niebieski) a potem pojechaliśmy wzdłuż lewego brzegu (kolor czerwony) na najwyższy punkt widokowy, położony na wysokości 466 metrów na górze Minaun.
Jest to chyba jedyne miejsce w Irlandii, gdzie na sam szczyt można dostać się samochodem i jeśli ktoś będzie miał szansę podążyć naszym śladem, niech się dobrze rozpędzi. Stromizna, która wynosi 3 kilometry, daje się we znaki silnikowi... :-)
Jednakże choć czuliśmy swąd przypalonego oleju, uważamy że było na prawdę warto!
Gdy zatrzymaliśmy się na maluteńkim parkingu, pierwsze co poczuliśmy, to oczywiście wiatr: na tej wysokości dawał się nieźle we znaki. Zakładając kurtki, co chwila patrzyliśmy przed siebie, gdyż już z tego parkingu, mogliśmy widzieć jak dookoła nas roztacza się przepiękna panorama wyspy...
Aby ujrzeć całość, lub tez w zasadzie ujrzeć panoramę Keel, trzeba było pójść kawałek do przodu.
Choć miejsce te słynie z najwyższych klifów w Irlandii, które znajdowały się tam gdzieś na horyzoncie, chyba nie mogliśmy narzekać: ten pochmurny dzień, nie ukrył przed nami piękna Achill. Dolina gdzie położona jest wieś, mieniła się różnymi odcieniami zieleni a wśród nich, niczym białe kropeczki, wiele domów, które pomimo kontrastu, niesamowicie pasowały do tego miejsca.
Oczywiście nie byliśmy tutaj sami: koło nas, zupełnie bez strachu, skubało trawkę kilka owieczek.
Razem z nami, nieco z boku, irlandzcy rodzice pokazywali swym pociechom przepiękną okolicę, a my wciąż z niedowierzaniem patrzyliśmy na dzieci, które w ogóle nie przejmowały się zimnem.
Tyle lat na Zielonej Wyspie i wciąż można nas rozróżnić po kurtkach....   :-)
Nawet cztero kopytne stworzenie się nam dziwiło...
Postanowiliśmy, że wrócimy tutaj następnego dnia, z nadzieją, że pogoda się poprawi i wiatr nieco zelżeje.
Zjechaliśmy więc kawałek w dół zbocza i nieco niżej ponownie zatrzymaliśmy się.
Wydobyliśmy kanapki, termosik i nareszcie mogliśmy się posilić. Nasza obiadokolacja smakowała wybornie, dodatkowo mieliśmy świetną lokalizację...
Gdy skończyliśmy delektować się i jednym i drugim, postanowiliśmy w końcu wjechać w Keel, aby namierzyć nasze B&B.
Jedno, co się rzuca od razu w oczy to biel ścian okolicznych domów, skupionych wokół głównej drogi na wyspie. Mieszkańcy pamiętają o tradycji i każdą elewację pokrywają kolorem bieli, tak jak kiedyś ich przodkowie, którzy malowali swe domostwa... wapnem!
Oczywiście kształt domostw musiał się zmienić, lecz chyba nikogo to nie dziwi.
Drugą tradycją jest język irlandzki, który dominuje na wyspie, tak jak i w całym hrabstwie Mayo.
National Library of Ireland.  Foto: Robert French.
Robimy rekonesans jadąc wzdłuż dość sporej wsi, jaką jest właśnie Keel, które jest sercem wyspy. Przynajmniej takie mamy wrażenie, jadąc główną drogą, obserwując ludzi, domy oraz... klify, które dominują nad jedną z przepięknych plaż. Sielankowa atmosfera, która otacza Keel, udziela się nie tylko turystom, których widzimy wszędzie, ale również okolicznym owieczkom, które beztrosko okupują całą wyspę jak również i drogę.
Jak zwiedziliśmy północną część wyspy, przeczytacie innym razem.
Zapraszam
Koordynaty GPS:
Najwyższy Punkt Widokowy wyspy Achill:
53°57'19.6"N     10°01'43.5"W

                                                   

                                           




6 komentarzy:

  1. Gdzie się nie ruszysz, to wszędzie pięknie...
    Myślę, że będzie ciąg dalszy tej wyprawy..., napisz coś o cenach B&B...

    Kiedyś Twoje zdjęcia, będą miały wartość tych National Library of Ireland.
    Uściski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Ewo. Jak Ty to ładnie opisałaś.... Ceny w B&B niestety nie należą do tańszych. Może inaczej: są inne niż w większości cen w Irlandii. Płaciliśmy 45€ za osobę, za dobę, więc "tylko" 10€ więcej niż normalnie, ale totalny koszt wyszedł znacznie wyższy niż w innych rejonach. Może dlatego, że jak właścicielka nam powiedziała, poza sezonem okolica ta jest martwa. Pozdrawiamy Cię Ewo serdecznie

      Usuń
  2. Jak zwykle niesamowity opis podróży i zdjęcia, i te dawne historie...Podobne surowe krajobrazy pamiętam z wyspy Arranmore. Tam również dominował język irlandzki wśród miejscowych. I pewnie wiele podobnych miejsc pozostaje jeszcze do odkrycia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Wojtku. Tak też lubię smaczek dawnych historii... Byliśmy na Arranmore i trafiliśmy na słońce. Jest tam przepięknie.... Pozdrawiamy Cię Wojtku bardzo cieplutko

      Usuń
  3. Achill to moje ulubione miejsce, ubolewam jedynie ze jest tak daleko od Dublina powstrzymujaca mnie od tak czestych odwiedzin tam jak bym chciala.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Kasiu. Fakt. Byliśmy Achil urzeczeni. Fantastyczne miejsce z jeszcze lepszą atmosferą. Szkoda, że wyspa jest tak odległa, ale dla chcącego nic trudnego!!! Pozdrawiamy Kasieńkę

      Usuń