niedziela, 31 maja 2015

Post No.119: Polowanie na Maskonury - Saltee Islands

Nie dalej, jak dwa tygodnie temu, dostaliśmy propozycję wyjazdu na wyspę Saltee Islands, położonej na południu Irlandii a należącej do hrabstwa Wexford.
 Celem naszej podróży było uchwycenie w obiektywie uroczych ptaszków, jakimi są Maskonury, a na które polowaliśmy już od dłuższego czasu, lecz jakoś nigdy nie udało nam się ich sfotografować.
Tak jak zazwyczaj podróżujemy sami, tak tym razem mieliśmy świetne towarzystwo w postaci Karola Waszkiewicza, pasjonata zdjęć przyrodniczych, którego zdjęcia mamy okazję niejednokrotnie oglądać na FB, oraz na jego własnej stronie internetowej, na którą z wielką przyjemnością już teraz zapraszam Was:
Dojechaliśmy do uroczego, nadmorskiego miasteczka Kilmore Quay troszkę zbyt wcześnie.
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że dojdzie do nas jeszcze jedna osoba, która tak samo jak Karol, jest pasjonatem, oraz wspaniałym wykonawcą zdjęć przyrodniczych. 
Mowa tu o Marcinie Kaczmarkiewiczu, właścicielu strony, na którą również serdecznie zapraszam:
Mieliśmy około godziny na wypłynięcie, więc czekaliśmy na nadbrzeżu, patrząc co jakiś czas na odległe by się wydawało dwie wyspy,  Saltee Islands. 
Lewą z nich o nazwie Litlle tylko miniemy, natomiast nasz cel znajduje się na prawo: Great Saltee...
Niestety dzień nie należał do najcieplejszych, dodatkowo nieźle wiało, lecz byliśmy przygotowani i zaopatrzeni w gorącą herbatkę, którą mieliśmy w termosie.
Obserwując naszych Przewodników, widać było, że obaj Panowie nie mogą się doczekać, aż wylądują na wyspie. Natomiast My, wciąż troszkę byliśmy niepewni, czy "upolujemy" Maskonury, gdyż próbowaliśmy je złapać na wyspie Tory oraz na, chyba najsłynniejszej wyspie Skellig Michael.
Michael Skellig - Post No.:52
Wyspa Tory - Post No.6
Czekając na czas naszego wypłynięcia, z uwagą słuchaliśmy opowieści przygód, które przeżyli nasi Przewodnicy. Przykładowo, niejednokrotnie obaj Panowie z samego rana, stosując odpowiednie przykrycie, próbują sfotografować jakiegoś ptaka. Leżą tak godzinami, z przygotowanym aparatem, lecz czasami jest tak, że ktoś podejdzie nad brzeg i nie widząc "polujących" powie lub uczyni wszystko, czego nie zrobiłby przy świadkach.
Zdjęcie Marcina, Facebook.
 Nie ukrywam, że śmieliśmy się serdecznie a czas naszego oczekiwania minął w mgnieniu oka.
W końcu przy pirsie, pojawił się nasz skipper i mogliśmy wejść na mały stateczek, dzięki któremu mogliśmy dostać się na wyspę. Karol uprzedził nas, aby pod żadnym pozorem nie siadać na rufie i choć nie pytaliśmy o przyczynę, zaufaliśmy mu i umiejscowiliśmy się tuż zza kabiną sternika.
Fale, które uderzały w naszą łódź, rozpryskiwały się i część wody uderzała dokładnie w ludzi, którzy siedzieli na tyle naszego stateczku. Wystarczyło tylko 5 minut, a osoby te były całkowicie przemoknięte!.
Płynąc w kierunku wyspy, płynęliśmy przez przez płyciznę, dzięki czemu fale uderzające w naszą łódź, miały dość spore rozmiary i choć tego nie widać na zdjęciu poniżej, miałem chwilę niepewności czy aby nasza łupinka da radę dopłynąć do brzegu
Płynęliśmy właśnie po obszarze, który w czasie pierwszej wojny światowej był ulubionym miejscem zatopień statków przez niemieckie podwodne okręty wojenne.
W czasie drugiej wojny, pomimo neutralności Irlandii, Niemiecka Marynarka Wojenna, ustawiła pomiędzy lądem a wyspami Saltee setki min dennych, na których wyleciało w powietrze parę statków handlowych.
Z upływającym czasem, zdarzało się, że te śmiercionośne produkty wojny, zrywały się z kotwic i niesione falą, uderzały w najbliższą z wysp Saltee...
www.footsteps.com
Skipper wziął tym razem pod uwagę wielkość fal, i zmienił trasę
Po parunastu minutach, niemalże dopłynęliśmy do celu.  Niestety, żadna z opisywanych wysp, nie ma żadnego wybudowanego pirsu aby ułatwić dostęp, lecz najwidoczniej nasz skipper, który nawiasem mówiąc ma wyłączność na przewóz pasażerów, jest na to przygotowany.
Czeka na nas ponton, dzięki któremu dostaniemy się na brzeg.
 Ruszyliśmy na wyspę. 
Ponton jest mały, więc część pasażerów, czekała na naszej łodzi na drugi kurs.
Niestety przejście po kamieniach i glonach w czasie odpływu jest bardziej niebezpieczne niż przesiadka na ponton, my mieliśmy plecaki i aparaty, więc nie mieliśmy żadnego oparcia, a było na prawdę ślisko.
Dotarliśmy na wyspę i maszerujemy za naszymi Panami Przewodnikami, Karolem i Marcinem, którzy znają już Great Saltee Islands, jak własną kieszeń.
Schody ułatwiają wejście na wyspę nie tylko nam, ale również właścicielom wyspy, którzy w sezonie letnim przyjeżdżają tutaj i zamieszkują na niej.
Po pokonaniu schodków, mijamy tablicę witalną, którą zostawił pierwszy właściciel tej wyspy, Michael Neale zwanym inaczej Michael'em Pierwszym.
 Michael jako 10-cio letnie dziecko, w 1920 roku, ślubował swojej matce, że pewnego dnia to on będzie właścicielem obu wysp Saltee.
Swoją obietnicę zrealizował 23-lata później, w 1943 roku, jednak sama uroczysta koronacja odbyła się znacznie później, bo w roku 1956.
Michael Neale Pierwszy
Przechodziliśmy koło ruin dawnego domu, w którym prawdopodobnie kiedyś mieszkał Michael.
Chwilę potem mijaliśmy gąszcz palm, zupełnie do wyspy nie pasujących.
Okazało się że Książę Wysp Saltee, zainicjował wielkie sadzenie drzew na wyspie.
W latach 1945 - 1950 na Great Saltee posadzono około 34.000 drzewek. Niestety zimne wiatry, oraz morska bryza zawierająca sól spowodowała, że ze wszystkich posadzonych drzew, przyjęły się tylko własnie te palmy.
Michael Pierwszy poznał piękną kobietę, o imieniu Anne i ożenił się z nią.
Michael doczekał się pięciu synów i jednej córki. Jedno dziecko, niestety, zmarło tuż po porodzie.
Tuż za palmami, możemy zobaczyć dom, w którym żyją obecni spadkobiercy wyspy.
Ostatnią wolą Księcia Michaela Pierwszego było:
" Wszyscy ludzie, młodzi i starzy, są mile widziani, aby przyjść, zobaczyć i cieszyć się wyspą i pozostawić ją w tym samym stanie..."
Dlatego też następne pokolenia Michaela szanują wolę swojego przodka. Proszą tylko, aby w czasie ich pobytu na wyspie, nie przypływać przed godziną 11.30.
Ci natomiast, co przybyli, niech uszanują właścicieli i wrócą na ląd najpóźniej o 16.30.
Lecz z kąd wiadomo o pobycie właścicieli na wyspie? Na pewno szyper, z którym przybyliśmy poinformuje wycieczkowiczów.
Jednak są tacy, którzy przybywają na wyspę kajakami, więc właściciele w takowych dniach wywieszają flagę, która ma być dowodem obecności Książąt Saltee:
http://www.listofmicronations.com/
Korzystając z nieobecności, podeszliśmy bliżej, aby uwiecznić Rodzinny Herb, który umieszczony został na elewacji domu.
Herb wymyślił sam Michael Pierwszy, tuż przed swoją koronacją. 
Dwie Syreny trzymające wiosło i kotwice, symbolizuje morze. Na dole herbu widzimy ziemię, z rozproszonymi muszlami oraz wodorostami, które symbolizują wyspę Saltee. Nad Herbem z ptakami, widzimy koronę z inicjałami liter MiA, czyli z pierwszymi literami Michaela i Anne.
Z lewej i prawej strony, uwidocznione jest sześć klejnotów, dokładnie tyle, ile wynosiło potomstwo Neale. Pośrodku korony umieszczony został czerwony klejnot, który reprezentuje dziecko, które zmarło zaraz po porodzie.
Znaczenie rodzinnej flagi jest podobne: sześć gwiazdek symbolizuje ilość dzieci, gdzie siódma, umieszczona pośrodku, reprezentuje umarłe dziecko.
Zostawiamy posiadłość Neale'ów i ruszamy jakimś udeptanym przez miłośników ptaków, traktem.
Po pewnym czasie mijamy mur, oczywiście zbudowany z kamieni znalezionych na wyspie.
Mur, za życia Michaela Pierwszego, odgradzał miejsce, które zostało przeznaczone na lądowisko dla prywatnych samolotów, z którego korzystał również właściciel wyspy. To była druga rzecz, którą Michael po własnej koronacji zbudował na wyspie.
www.salteeislands.info
Zanim doszliśmy do pierwszych klifów znajdujących się od wschodniej strony wyspy, minęliśmy jeszcze jeden symbol Michael'a i jego własności. Był to Tron, wyrzeźbiony w kamieniu, który został specjalnie dostarczony na czas koronacji Michael'a. To na tym tronie następni potomkowie byli i będą koronowali przy następnych tego typu uroczystościach...
Na Tronie został wygrawerowany napis, który przypomina słowa Michael'a:
" To Krzesło zostało wzniesione ku pamięci Matki Mojej, której gdy miałem dziesięć lat, przyrzekłem, że pewnego dnia będę właścicielem wyspy i stanę się Pierwszym Księciem z Saltee's.
Odtąd moi spadkobiercy i następcy nazywać się będą Książętami tych wysp, którzy będą siedzieć na tym krześle będąc odzianym w szaty i koronę..."
Tuż obok Tronu, stoi postawiony przez Michaela Obelisk, z własnym wizerunkiem oraz z wygrawerowanymi  z każdej strony słowami pierwszego władcy wyspy:
Z przodu widnieje napis: 
"...Pomnik ten został wzniesiony przez Księcia Michael'a jako symbol dla wszystkich dzieci w woli przypomnienia, że od ciężkiej pracy i wytrwałości, ich marzenia mogą być zrealizowane..."
Z tyłu natomiast wygrawerowany jest napis:
"Żaden człowiek nie jest wolny, kto nie stawia wolności ponad wszystko."
Z lewej strony cokołu:
"Żadne Państwo nie może uzasadnić na ingerencję Boga podanych praw tych wysp"
a z prawej strony:
"Niech moi następcy będą Strażnikami Ochrony tych Wysp, tak samo jak ojciec jest strażnikiem swych dzieci..."
Co ciekawe, obelisk został tak zbudowany, że z lotu ptaka wygląda jak Krzyż Maltański o ośmiu zakończeniach, które symbolizują poniekąd wiarę Michael'a:
- Lojalność, - Pobożność, - Szczerość, - Męstwo, - Chwałę i Cześć, - Pogardę śmierci, -Uczynność wobec ubogich oraz Szacunek dla Kościoła.
Doszliśmy w końcu do klifów. 
Uprzednio martwiliśmy się, czy w taki zimny i wietrzny dzień będziemy mieli szansę na zobaczenie Maskonurów, lecz obaj Panowie uspokoili nas, mówiąc, że znacznie gorzej jest gdy jest słonecznie, gdyż wtedy to właśnie te małe Maskonurki chowają się przed palącym słońcem w swoich norkach.
I stało się w końcu to, o czym marzyła Moja Żona: w końcu sama nie tylko zobaczyła Maskonura, ale dodatkowo zrobiła jeszcze jego zdjęcie. Powiem szczerze, że było mi bardzo ciepło na sercu, gdy widziałem tę radość na Jej twarzy, gdy ujrzała w obiektywie swojego pierwszego modela:
Oczywiście był to tylko początek sesji zdjęciowej, którą musieliśmy odłożyć na później. Ruszyliśmy za Marcinem i Karolem, którzy znając wyspę Saltee, ruszyli ku kolonii ptaków zwanych Głuptakami.
Okazało się, że kolonia ta znajduje się na końcu wyspy, więc czekało nas dość sporo marszu.
Jednakże pomimo przenikliwego wiatru, szliśmy za naszymi Przewodnikami w radosnych humorach.
Szliśmy po kwiecistym dywanie, gdzie królowały niebieskie kwiatki, zwane przez Irlandczyków "Bluebell", Niebieskie dzwonki...
Szliśmy po ziemi, po której w dawnych czasach stąpali Wikingowie, Normanowie oraz średniowieczni Mnichowie. Szliśmy po wyspie, na której kiedyś żyły małe osady rybaków i rolników, oraz po wyspie, która w latach 1500 - 1800 była wykorzystywana jako baza dla Piratów, dzięki temu, że Saltee leżała na trasie statków płynących do Brytanii z odległych zakątków świata.
Dziś to spokojny kawałek ziemi, gdzie tak na prawdę jedynymi właścicielami są ptaki...
Saltee Island przez marynarzy nazwana została "Cmentarzem Tysiąca Statków".
Tę złą sławę zawdzięcza dzięki małym skałom i skałkom, umiejscowionym przy wschodniej stronie wyspy, gdzie większość z nich jest zupełnie niewidoczna. Ile faktycznie statków tam zatonęło, na prawdę nie wiadomo, ale rejestry prowadzone od roku 1643 do 1995 mówią o 78 wrakach!!!

Nikt też nie ma pojęcia, ileż to statków zostało tylko uszkodzonych. Oto jedna z ofiar mgły:
SS Pembroke, który w płynąc w ostatniej chwili dał całą wstecz, lecz pomimo tego, siłą swojego rozpędu statek ten wszedł na Great Saltee Island:
National Library of Ireland
National Library of Ireland
Musieliśmy przyspieszyć, gdyż nasi Przewodnicy znaleźli się daleko od nas.
My troszkę się ociągaliśmy. Chyba sami rozumiecie, dlaczego...
W końcu dotarliśmy praktycznie na sam koniec wyspy, przed nami został do pokonania najwyższy punkt wyspy, lecz już z tej odległości po naszej lewej stronie, widzieliśmy kolonię Nurzyków.
A przed nami, praktycznie na wyciągnięcie ręki, pojawiła się kolonia Głuptaków.
Według obliczeń ornitologów, na tym małym kawałku skały mieści się około 2.000 par przedstawicieli tego gatunku. Muszę stwierdzić, że choć widzieliśmy większą kolonię na Michael Skellig, to jednak nigdy nie byliśmy tak blisko.
Zobaczcie sami jaki hałas oraz jaki ruch w powietrzu, dzięki tym ptakom...
Nieopodal, nieco na uboczu, Moja Żona uchwyciła Kormorana, który jakby przestraszony wraz z dwoma Alkami, obserwował wydarzenia na niewielkiej skale. 
Nasi towarzysze, Karol i Marcin, gdzieś nam zniknęli, lecz najwyraźniej Mojej Drugiej połówce nie przeszkadzało to. Patrzyłem na nią i widziałem, że była w swoim żywiole. Nawet, zbliżyła się do kolonii, moim zdaniem, zbyt blisko, lecz Głuptakom to nie przeszkadzało...
Dorotka uchwyciła w obiektywie, życie Głuptaków na co dzień. 
Sami zobaczcie, efekty:
Było to nasze nowe doświadczenie: obserwacja innego gatunku, jak buduje swoje gniazda, współpracując ze sobą a nawet pozwalając sobie na odrobinę czułości...
Moja Żonka, nawet uwieczniła moment złożenia jajka...
...inne wciąż pracowały nad budową komfortowego swojego M...
Czasami, między ptakami wybuchała dość mocna kłótnia, gdy ktoś zbyt cwany, próbował ukraść materiał budulcowy, innej parze...
 Piękne ptaki, piękne zdjęcia Kochanie...
W końcu musiałem przerwać Żonie fotografowanie. Trzeba było w końcu odnaleźć naszych przewodników, którzy jak się po chwili okazało, znajdowali się nieopodal nas...
Nie przeszkadzaliśmy naszym fantastycznym znajomym w uwiecznianiu natury i zadecydowaliśmy, że sami wrócimy do miejsca, które wskazali nam wcześniej Panowie.
Ruszyliśmy więc w powrotną drogę, aby uwiecznić Maskonury.
Znów przedzieraliśmy się przez dywan kwiatów. Lecz tym razem z małą różnicą: zaświeciło słońce.
Niestety, promienie słoneczne były jeszcze zbyt słabe, aby nas ogrzać lub zmniejszyć odczucie zimnego wiatru, ale zrobiło się nam na pewno znacznie przyjemniej...
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że zgubiliśmy, a raczej nie mogliśmy trafić do zatoczki, w której uprzednio fotografowaliśmy Maskonury. Choć zajrzeliśmy po kolei do każdej z nich, nie mogliśmy na nią trafić, na co ja sam byłem na siebie zły, gdyż pierwszy raz mi się zdarzyło, że straciłem orientację.
Przy okazji, zobaczyliśmy w jednej z zatoczek małą jaskinię, w której ukrywali się wcześniej w 1798 roku, dwóch przywódców Rebelii: John Henry Colcough i Bagenal Harvey.
Wkrótce potem zostali zdradzeni, a miejsce schronienia ukrywających się, zdradziło....mydło!
Obaj przywódcy prali w jaskini swoje ubrania, a spienione mydło wydostało się wraz z wodą na zewnątrz, zdradzając miejsce ukrycia.
Stąpając między zatoczkami, musieliśmy bardzo uważać pod nogi. 
Otóż sama wyspa, usiana jest dziurami jak ser szwajcarski.
To dzięki królikom, o wielkiej populacji a które nie mają tutaj żadnego naturalnego wroga.
W końcu znaleźliśmy zatoczkę w której przebywają Maskonury.
Usiedliśmy na trawie i czekaliśmy. Ten sposób podpowiedzieli nam nasi towarzysze - pasjonaci, tłumacząc, że bezruch jest najlepszą opcją na te małe kolorowe ptaszki. Usiądźcie, powiedzieli, a One same będą podlatywać. Tak też się stało.
Oto wybrane zdjęcia, które zrobiła Moja Żonka:
Nieopodal Alki, zdaje się były w trakcie jakiegoś własnego tańca...
Tuż obok dwa samce Maskonury, toczyły ze sobą walkę o serce wybranki, która ze spokojem obserwowała kawalerów oczekując na wynik starcia...
Przyznacie, że żonka ma oko, prawda?
Jak by nie było, na pewno na wyspie Saltee Island, wśród ptactwa krążyła miłość...
Nawet nie zauważyliśmy, jak wrócił Karol. Gdy my zapatrzeni byliśmy w Maskonury, Karol zrobił nam zdjęcie. Sami zobaczcie jak było zimno....
Maskonury przylatywały i odlatywały. czasami straszyły je Mewy. A my wciąż, pomimo skostniałych z zimna rąk, trzymaliśmy aparaty i "strzelaliśmy" fotki.
Na zdjęciu poniżej, udało się "złapać" aż 11 sztuk...
...a czasami tylko trzy. 
W końcu i My ujrzeliśmy Karola...
...który ponownie nas uwiecznił...
Jeszcze kilka fotek Maskonurów....
W końcu ruszyliśmy w kierunku Karola.
Chwilę potem doszedł do nas Marcin i już we czwórkę obserwowaliśmy Maskonurki.
Potem w ramach małej rywalizacji, próbowaliśmy ustrzelić Maskonury w locie. Zadanie, zdawałoby się łatwe, ale po prawdzie na 100 zdjęć, mogę pochwalić się tylko dwoma.
Niestety czas nam się powoli kończył. Z wielką niechęcią musieliśmy się pakować i odpowiednio wcześniej ruszyć, aby zdążyć na umówioną godzinę ze Skipperem.
Zdążyliśmy na czas. Po odpływie nie było już śladu, więc tym razem wejście na ponton będzie znacznie łatwiejsze...
Co ciekawe, mieliśmy na brzegu nieoczekiwanych gości: przypłynęły do nas foki, które były strasznie ciekawe co my tutaj robimy.
Przywitaliśmy się ze Skipperem i ruszyliśmy w kierunku stałego lądu.
A korzystając z okazji, chcielibyśmy gorąco podziękować za świetną przygodę i niesamowicie fantastyczne towarzystwo Marcinowi....
Marcin na zdjęciu od lewej
...oraz Karolowi, inicjatorowi naszej wycieczki, świetnego kompana i Przewodnika.

Panowie: Dziękujemy!!!!
***********************************************
Koordynaty GPS na parking
 52°10'20.27"N   06°35'24.10"W

13 komentarzy:

  1. Jestem pod wrażeniem, jak ja uwielbiam takie obserwacje dzikiej przyrody, zwłaszcza, jeśli jest to w Irlandii. Cudowne miejsce. I liczę na dalsze podobne relacje. Podczas planowanej, ale niestety niezrealizowanej wyprawy na Dingle chciałem odwiedzić jezioro Logh Gill, też takie wyjątkowe miejsce z unikalną fauną i florą. Ale niestety nie wyszło.Może kiedyś tam traficie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciszę się, że Cię zaskoczyliśmy. To było marzenie Dorotki i nie ukrywam, że i mnie ta wyprawa zauroczyła. W końcu jestem z Warmii i Mazur i często się do lasu chodziło, więc jakieś zamiłowanie do przyrody zostało. Jeśli tylko będziemy w pobliżu, zajedziemy nad jeziorko i stworzymy relację dla Ciebie Wojtku. Pozdrawiamy

      Usuń
    2. To się bardzo cieszę, że Jej marzenie się spełniło...Fajnie, że być może zajrzycie nad Lough Gill. Wiele czytałem o tym miejscu. Szczególnie urokliwie tam jest właśnie teraz , w czerwcu, kiedy wieczorami śpiewają liczne Natterjack Toads, czyli paskówki. To takie cudo europejskiej przyrody, wielka rzadkość. Teoretycznie występuje również w Polsce, ale podczas swych przyrodniczych wypraw nigdy nie spotkałem, być może już wyginęły...No i Brown Trouts, czyli potężne ryby, które nawet można łowić...Ech, rozmarzyłem się. Może kiedyś pojedziemy razem na Dingle. wiem, że trudności organizacyjne byłyby ogromne, ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych...Może i Ewa by się przyłączyła?Fajnie by było zrobić w przyszłości takie spotkanie miłośników ''Mojej Zielonej Irlandii''.

      Usuń
    3. Wojtku to bardzo, bardzo miłe z Twojej strony, że pomyślałeś o mnie. Chętnie wzięłabym udział w takiej wyprawie, może nie tego, ale następnego lata...
      Co prawda żaby mnie nieco drażnią, bo jest ich pełno na naszych terenach i zazwyczaj większość ginie pod kołami samochodów, ale ta paskówka jest piękna, takiej nie widziałam ani nie słyszałam.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    4. W moim przypadku też wchodziłoby w grę następne lato, w tym roku czeka mnie rehabilitacja i nigdzie nie mogę wyjechać...Pomyślimy, ja ciągle o tym marzę. Półwysep Dingle oferuje wiele przyrodniczych atrakcji, i nie tylko. Na Blasket Island możnaby popłynąć, magiczne miejsce...Również pozdrawiam.

      Usuń
  2. Ech Piotrze!
    Wycieczka z otwartą gębą, jak ja Wam zazdroszczę tej wspaniałej dzikiej natury, tego wiatru, zimna, kolorów, ptaków, skał, gorącej herbaty, towarzystwa...
    Dorotko gratuluję zdjęć i tak jak Piotr jestem pełna uznania. To właśnie moje klimaty, nie jakieś tam miasta skażone cywilizacją, przepełnione ludźmi...., o czym piszę na moim blogu z braku możliwości bycia właśnie w takich miejscach.
    Wcisnęło mnie mocno w mój głęboki wygodny skórzany fotel, kiedy wędrowałam razem z Wami, wyobrażając siebie gdzieś tam u Waszego boku.
    Marcin i Karol, to jest właśnie to czym prawdziwi mężczyźni zajmować się powinni, wojować aparatem fotograficznym ukazując nam ułomnym ludziom piękno tego świata i przestrzegać przed nadmierną eksploatacją jego dóbr, coby takie cuda miały się gdzie podziać i znaleźć schronienie przed głupotą człowieka. Szanujmy zatem Ziemię!!!
    Uściski dla Ciebie i Twoje żonki :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, Ewa, ależ nam tutaj wiele ciepła teraz przelałaś... Po trzykroć dziękujemy. Może kiedyś uda nam się wspólnie, zorganizować taką wyprawę? W końcu raz już w Irlandii byłaś, więc może zdołasz przyjechać jeszcze raz. Już zapraszamy!!! Moje słowo warte. Wojtek może to potwierdzić! Pozdrawiamy!!!

      Usuń
    2. Dziękuję Ewo za miłe słowo. Od siebie dodam,że chociaż Wyspa Saltee jest piękna i bogata w Avifaunę to jednak gatunki ptaków odbywające tam lęgi nie są objęte czynną ochroną mimo,że wszystkie są zagrożone w skali światowej. Dlatego tak ważne jest jak my się tam zachowamy.Nie należy zbyt blisko podchodzić do gniazd czy później do piskląt.Jak ktoś nie fotografuje to mała podręczna lornetka pozwoli na niezwykle bliskie obserwacje bez niepokojenia ptaków. Pozdrawiam Piotra i Dorotę i wszystkich odwiedzających Moją Zieloną Irlandię.

      Usuń
    3. Karolu, w mojej Puszczy Knyszyńskiej na Podlasiu widuję najczęściej grubą zwierzynę dlatego ptaki prezentowane przez Piotra i Dorotę, którzy razem z Wami wyprawili się Saltee, są dla mnie prawdziwą egzotyką, no i te kolory wyspy, nawet mech jest inny niż u w moim lesie, u mnie intensywnie zielony a tam złoto rudy. Zajrzałam także na blogi Krzysztofa Stasiaczka. Walka bielika z lisem o lisa wprost fantastycznie uchwycona, na początku myślałam, że orzeł zabił rudzielca...
      Pozdrawiam serdecznie i życzę równie wspaniałych wypraw co ta, a może jeszcze bardziej ekscytujących.

      Usuń
  3. Swietne zdjecia, sliczne te ptaki i foczka oczywiscie tez :) Dub

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Dziękujemy Dublinia. I tak nie przebijemy Twoich fotek... :-)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Dziękujemy Mirosławie. My też chcielibyśmy się tam wybrać ponownie. Może uda nam sie w tym roku.... Pozdrawiamy bardzo serdecznie

      Usuń