sobota, 16 sierpnia 2014

Post No.87: Szlakiem 9-ciu szczytów...

Tradycyjnie w czerwcu, gdy słońce rozpalało Irlandię, a ludzie opalali się na wszystkich plażach Zielonej Wyspy, ja postanowiłem ruszyć w górski plener. Tym razem moim celem był najwyższy szczyt gór Wicklow, Lugnaquilla, którego wysokość wynosi 925 metrów. Aby dotrzeć na mniemany szczyt, postanowiłem iść wierzchołkami innych szczytów i miałem nadzieje, że trasę, którą dokładnie badałem przez kilka dni na mapie, pokonam i szybko i przyjemnie. Myliłem się...
Zaopatrzony w plecak, w którym miałem dwie butelki wody, apteczkę pierwszej pomocy, kurtkę przeciwdeszczową i owoce ruszyłem z punktu A, do którego dowiózł mnie kamrat z pracy.  Wcześniej, w punkcie B zostawiliśmy moje auto, do którego zamierzałem wkrótce dotrzeć.
Punktem A był leśny trakt, który prowadził na szczyt niewielkiego wzniesienia wynoszącego 342 metry -  The Little Sugar Loaf:
Trasa z początkiem mojego marszu, wydawała się bardzo przyjemna. Przechodząc leśnym traktem, w powietrzu czułem zapach lasu i trzymając w ręku w mapę Gór Wicklow, pełen optymizmu szedłem dziarsko do przodu...
W końcu doszedłem do miejsca, w którym zaczynała się moja przygoda oraz walka ze swoimi słabościami: trakt zaczął piąć się w górę...
Nie wiem ile zajęło mi pokonanie tych 300 metrów w górę. 
Pierwszy taki wysiłek w tym roku kosztował mnie bardzo wiele: musiałem na prawdę co chwila zatrzymywać się, gdyż i tętno i puls nie pozwalały na szybsze pokonanie stoku. Z doświadczenia wiem, że najgorsza jest pierwsza godzina wspinania, póki organizm nie przyzwyczai się do wysiłku.
Jednakże nie narzekałem, gdyż te chwile odpoczynku wykorzystywałem do oglądania panoramy roztaczającej się wokół mnie...
Do zdobycia tego niewielkiego szczytu, został mi  kawałek do przejścia a wydeptana dróżka wśród kwitnących wrzosowisk kierowała mnie we właściwym kierunku...
W końcu szczyt Little Sugar Loaf został przeze mnie zdobyty.
 Tradycyjnie na szczycie znajdował się kopczyk kamieni, przy którym usiadłem, aby złapać drugi oddech, a przy okazji zacząłem się rozglądać dookoła. Góry Wicklow w słońcu wyglądają przepięknie...
Niestety, ogarnęły mnie wątpliwości. 
Odległości na mapie wyglądały na niewielkie, w rzeczywistości okazało się zupełnie inne.
Patrząc na szczyt Lugnaquilla, nie sądziłem, że jest tak daleko od miejsca, w którym teraz się znajdowałem. Zastanawiałem się, czy kontynuować marsz, gdyż nie wiedziałem, czy dam radę pokonać dzisiaj tak wielkie odległości.
Jak miałem pójść, aby dojść do celu? Na wprost, poprzez dolinę, czy też szczytami, tak jak planowałem?A może zacząć z innego punktu, tak aby dojść do samochodu? Co się stanie, jeśli opadnę z sił i będę musiał zejść ze szlaku? Jak dostanę się do auta? Pytania mnie nurtowały a ja musiałem podjąć decyzję.  Trzymam się więc pierwotnego planu i ruszam na następny szczyt. 
Teraz tempo marszu mam stabilne, nie odczuwam już "zakłóceń" pracy serca, organizm już się dostosował a otaczające mnie widoki mogę podziwiać z marszu...
Na pobliskim stoku rosną samotne iglaste drzewka. 
To prawdopodobnie "samosiejki", które nasiona drzew rozniósł kiedyś wiatr.
 Jednocześnie musiałem uważać, gdzie stąpam: wokół mnie i mojej trasy, od czasu do czasu, pojawiały się bagienne oczka. Niektóre z nich potrafią być bardzo niebezpieczne i bez problemu wsysają nieostrożne ssaki.
Wkrótce zdobyłem następny szczyt: Logar, który miał 582 metry. 
Marsz szedł mi tak dobrze, że zacząłem wierzyć, że przejdę cały zaplanowany marsz.
Za każdym razem, gdy zdobywałem szczyt, wysyłałem Mojej Żonie sms-a, której również wręczyłem kopię mapy tak, aby wiedziała, gdzie teraz jestem. To było również zabezpieczenie, gdyby coś mi się stało... Na trasie mojego marszu, następnym szczytem był Lobawn, który wznosił się 55 metrów wyżej...
Na szczycie tym miałem zrobiłem sobie małą przerwę: musiałem napić się wody, sprawdzić swoje położenie na mapie i troszkę odsapnąć po ciągłym marszu pod górę.
Ze szczytu miałem świetny widok na jezioro znajdujące się koło Blessington. 
Niestety w powietrzu unosiła się jakaś niewidoczna mgiełka, utrudniająca zrobienie fajnego zdjęcia...
Po drugiej stronie majaczyły szczyty, które miałem wkrótce zdobyć. Jednak nie musiałem się dłużej oszukiwać: odległości były wciąż wielkie i miałem tylko nadzieje, że nie poddam się gdzieś tam, pośród dzikich wrzosowisk Gór Wicklow.
Teraz musiałem zejść wytyczonym szlakiem na wysokość 530 metrów, aby chwilę potem wspiąć się  na następny pagórek, wynoszący 560 metrów. Wydawałoby się, że będzie łatwo, lecz Góry Wicklow powoli zaczęły pokazywać swą dziką naturę.
Pierwszym takim sygnałem było dla mnie podłoże, które znacznie się zmieniło: dość wysoka trawa przeszkadzała w marszu, a na dodatek zrobiło się dziwnie miękko. Co chwila zaskakiwały mnie torfowe oczka a ich błotnista forma groziła doklejeniem do butów dodatkowych kilogramów.
Zauważyłem tabliczkę informującą mnie o wkroczeniu na teren Parku Narodowego. 
Zacząłem żmudne i długie podejście na szczyt Black Banks, którego wysokość wynosiła 705 metrów.
Lecz to nie wysokość była tutaj problemem a długość jego podejścia. Chciałbym napisać, że było łatwo, ale było wprost przeciwnie: z każdym krokiem było coraz ciężej.
Przechodziłem właśnie przez "Szczyt Wymarłych Sosenek" - jak nazwałem to miejsce.
 Nie mogłem pojąć dlaczego akurat w tym miejscu, te młode drzewka padły ofiarą jakiegoś szkodnika...
Niestety z biegiem czasu moje tempo marszu znacznie zwolniło. 
Ścieżka zniknęła, a raczej moją ścieżką był jakiś mały torfowy wąwozik, ciągnący się aż po horyzont, na wzniesienie, do którego przecież musiałem dotrzeć. 
Chciałbym napisać, że szedłem, ale właściwie w tym miejscu mój marsz przypominał bardziej skoki zająca. Musiałem przeskakiwać i nadskakiwać, a przestałem w momencie, gdy prawie wpadłem w dołek, który zobaczyłem w ostatnim momencie.
Dołek miał głębokość co najmniej pół metra, gdybym wpadł, mógłbym złamać nogę... 
Patrząc przed siebie, nie zapowiadało się, że będzie łatwiej...
W tym miejscu zobaczyłem stado saren, które z wielkiej odległości bacznie mi się przypatrywały.
Miałem nadzieje, że zrobię zdjęcia z bliższej perspektywy, lecz te stado znacznie się różniło od tych, które widziałem w zeszłym roku i najprawdopodobniej nie były przyzwyczajone do widoku człowieka. Moje kroki w ich kierunku spowodowały natychmiastową ucieczkę stada...
Zacząłem przeklinać ten etap szlaku. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że będę zmuszony przechodzić przez miejsce, które nazwałem "Wrzosowiskowym Piekłem" . Choć znacznie zwolniłem, serce mi niesamowicie szybko biło, gdyż przejście przez ten sektor był dla mnie prawdziwym wyzwaniem... Było błotnisto, nierówno i nie miałem szans obejść tego miejsca, więc zmuszony byłem brnąć przed siebie...
Szlak prowadził tym niby wąwozem.
Głębokość, choć tego nie widać na zdjęciu, wynosiła około 1,40 metra.
 Choć początkowo chciałem się trzymać wewnątrz tego wąwozu, to jednak już po paru krokach dałem sobie spokój. Normalne przejście nie było możliwe i postanowiłem iść bokiem, z dala od tego torfowego jaru, a nawet w sporej jego odległości miałem problemy, aby normalnie maszerować...
 Do szczytu The Black Banks, pozostało mi już niewiele.
Cieszyłem się z tego powodu, gdyż podejście mnie fizycznie wykończyło. Jednocześnie zauważyłem, że cała okolica jest usiana torfowymi wydmami. Gdziekolwiek bym nie spojrzał, nigdzie nie było równej powierzchni.
Zostało mi parę metrów, aby osiągnąć 705 metrów nad poziomem morza. Tylko lub aż.
Torfowa kraina Gór Wicklow, pokazała mi swoje prawdziwe oblicze. Udało mi się je pokonać, gdyż od paru dni tutaj nie padało. Czy wszedłbym na ten sam szczyt tuż po deszczach? Nie sądzę.
Upływający czas powoli odsłania na stokach poukrywane pod torfem głazy a ja napawam oczami otaczający mnie krajobraz, gdyż jest na co popatrzeć...
Przede mną stożek, który jest znakiem najwyższego punktu góry The Black Banks.
Dokładam swój kamyczek na kopiec, będzie mniej kilogramów w plecaku...
Robię dłuższy odpoczynek: jestem cały mokry od wysiłku. Pierwsza butelka wody zrobiła się pusta, dodatkowo posilam się owocami. Postanowiłem, że zwolnię, gdyż nałożyłem sobie zbyt ostre tempo.
Jeśli mam dojść do samochodu, muszę iść równym, lecz wolniejszym tempem.
Wysyłam sms-a do Żonki, która się pewnie martwi moją dłuższą ciszą i postanawiam pospacerować dookoła kopczyka. Widoki są niesamowite. Torfowe wydmy są wszędzie dookoła mnie. Dzieci mogłyby mieć tutaj niezłą frajdę, gdyż to prawdziwy torfowy labirynt i zabawa w chowanego byłaby tutaj świetna...
Nagle słyszę huk! Jeden, drugi i trzeci, potem cisza. Zastanawiam się co to było, lecz z nastaniem ciszy, stwierdzam, że to może gdzieś w dolinie. Nie zawracam już sobie głowy, skupiam się na następnym szczycie. Choć to niedaleko, już wiem, że nie będzie łatwo...
 Zaczynam więc wspinaczkę, jednocześnie wciąż podziwiając Torfowe Wydmy...
Znowu słyszę huk. Nie mam pojęcia o co chodzi, ale zbytnio się tym nie przejmuję. Do szczytu nie zostało mi wiele, a przechodzę przez miejsce zwane White Brow - Białe Czoło. Prawdopodobnie nazwa została wymyślona dzięki białemu piaskowi, leżącemu na zboczu góry...
Zbliżałem się do stojącej mapy. To pierwsza oznaka cywilizacji na mojej trasie i jednocześnie potwierdzenie mojego położenia. Tuż obok, na palu założony został jakiś traperski but.
But z pewnością zostawił jakiś turysta, gdy walczył na trasie z torfowym błotem.
To również jakaś informacja, jakie warunki mogą panować tutaj, gdy pada deszcz, którego przecież w Irlandii nie brakuje. Ktoś musiał stoczyć tutaj niezłą walkę z błotem, którą przegrał...
Stoję przy mapie i nie wierzę własnym oczom: jestem na skraju Wojskowego Poligonu, na którym najwyraźniej odbywają się jakieś ćwiczenia, gdyż odgłosy które słyszałem wcześniej, przypominały huk wystrzału. Zastanawiam się, czy jestem tutaj bezpieczny, próbuję dzwonić pod podany na tablicy numer telefonu, ale chyba nikt nie wziął pod uwagi faktu, że akurat w tym miejscu mój telefon nie miał zasięgu...
No cóż. Pomimo moich obaw, postanawiam kontynuować swój marsz. Może mnie nie ustrzelą... :-)
Wysokość Torfowych Wydm ukryją moją obecność, więc artylerzyści może mnie nie zobaczą... ;-)
Podążam w górę na szczyt Camenabolougne - to wysokość 761 metrów.
Widoki panoramiczne urzekały, jednocześnie uświadamiam sobie, jak wielkim obszarem są
Irlandzkie Góry Wicklow...
Szczyt Camenabolougne został w końcu przeze mnie zdobyty.
Niesamowite jak krajobraz na przestrzeni kilkunastu  metrów potrafi się zmienić...
Słońce, które świeciło teraz prawie bez przerwy, dawało się mi we znaki. Szczęściem, na tej wysokości wiał delikatny, ciepły wiaterek i dawał poczucie rześkości. Rozglądając się, zauważyłem zbiornik wodny, który odwiedziłem w bezpośredniej bliskości, prawie rok temu.
Według mapy, musiałem teraz zejść prawie sto metrów niżej, aby rozpocząć ostatnie podejście na najwyższy szczyt Gór Wicklow. Spojrzałem przed siebie, zacisnąłem zęby i ruszyłem do przodu...
Z każdym krokiem niżej, musiałem planować swoją trasę z wielkim wyprzedzeniem, gdyż teren nie był łatwy do przejścia: musiałem wciąż omijać i wymijać torfowe dołki i rozpadliny, lecz nie wiedziałem, że najgorsze było wciąż przede mną...
Wydawało mi się, że schodzę ze stoku bardzo długo. Stromość stoku, powodowała ból w łydkach, a paradoksalnie moje buty zaczęły wydawać się zbyt ciasne...
Jednocześnie spoglądałem na surowe oblicze mojego głównego celu: Lugnaquill'ii, do którego miałem już tak blisko...
Kilkakrotnie się potykając, z wielką ulgą doszedłem do miejsca zwanego Imaal Gap.
Do najwyższego szczytu Gór Wicklow zostało mi ponad sto metrów różnicy w wysokości, lecz nie wiedziałem ile konkretnie będzie w długości marszu a poza tym, byłem już trochę zmęczony...
Zacząłem powolną wspinaczkę w górę. Przestałem patrzeć na wysokość, patrzyłem tylko pod nogi. Umysł wyłączył się, starałem się tylko kontrolować swoje tętno i tempo swojego marszu.
Wraz ze zdobywaną wysokością zdobywałem nową wiedzę: o sobie! Czułem, że zbliżam się do swojej granicy: chciałem usiąść i odpocząć, ale wiedziałem, że jeśli tak zrobię, to już nie wstanę i nigdzie nie pójdę.
Rozglądałem się na boki, próbując podziwiać widoki....
Musiałem przystanąć, choć na chwilę, bo dalsza wspinaczka groziła zawałem.
Był to czas, w którym oprócz oddechu, "złapałem" kilka fotek...
Wkrótce potem, moim oczom ukazał się przepiękny klif, którego nigdy wcześniej nie miałem okazji zobaczyć. Skały, odkryty torf i panorama okolicy. Widoki pozwalały choć na chwilę zapomnieć o wysiłku, oraz o moim zmęczeniu, który proporcjonalnie wzrastał.
Byłem coraz wyżej... Tym samym coraz częściej się zatrzymywałem. Głowa chciała kontynuować marsz, lecz serce mówiło: zwolnij! Może dlatego, że widoki inspirowały...
Krok za krokiem, lekko pochylony, czując ciężar plecaka, wchodziłem wolno na szczyt.
Choć kąt nachylenia podejścia w tym miejscu znacznie spadł, wciąż musiałem iść pod górkę.
 Jak mam opisać swoje odczucia w tym momencie, gdy walczyłem nie tylko z podejściem, ale również z własnym ciałem? Wybrałem się na szlak, bez zaprawy, na szlak, który okazał się znacznie dłuższy w przejściu niż sądziłem, a teraz musiałem walczyć z własnymi, fizycznymi słabościami...
Nie wiem jakie miałem wtedy tętno, nie wiem o czym wtedy myślałem. Ale dzięki zdjęciom, które wtedy wykonałem, choć ich nie pamiętam, wiem że było warto. Szedłem coś zdobyć i byłem tego bardzo blisko. Zbyt blisko by się poddać...
 Dodał mi otuchy widok ludzi, którzy tak samo jak ja, woleli wspinaczkę niż plażę.
Dzięki tym sylwetkom, możecie teraz porównać wielkość torfowych wydm, które miałem okazję przedstawić znacznie wcześniej...
Tak jak przez całą trasę nie widziałem żadnej osoby, tak teraz wydawało mi się, że zrobiło się tłoczno. Ze szczytu zeszła sobie para, którą pozdrowiłem, gdy tylko mnie minęli.
Potem tylko obserwowałem, jak z czasem robili się coraz mniejsi na szlaku...
Zbocze najwyższej góry Wicklow porastała równa trawa a mnie dzieliło od celu wręcz kilka kroków...
W końcu Lugnaquilla została zdobyta!!!
Radość przyszła później, gdyż w tym momencie, nie miałem na to sił.
Usiadłem i odpoczywałem, wysyłając sms-a do Mojej Żony. Posiliłem się owocami, napiłem się wody i zacząłem rozglądać się dookoła z najwyższego punktu Gór Wicklow...
 Nawet z tej odległości, widoczny był zbiornik wodny elektrowni, którą opisałem w zeszłym roku.
Jednocześnie obserwowałem, jak zauważeni wcześniej amatorzy wspinaczki, zbliżali się do mnie coraz bardziej. Musiałem przyznać, że mieli niezłe tempo...
Wkrótce potem Panowie ci dołączyli do mnie. Poprosili mnie o wykonanie fotki, jako dowodu, że dotarli na 13 szczyt, pod względem wysokości, Irlandii. Natomiast ja musiałem rozpocząć drugą część wyprawy, zmierzając do mojego auta. Wiedziałem już, że jeszcze mam kawał drogi przed sobą, ale wiedziałem również, że będę miał już tylko z górki... W tej sytuacji miałem sporo czasu, aby się rozglądać i podziwiać panoramę Gór Wicklow. Wschodnie  i północne zbocze Lugnaquill'ii wyglądało przepięknie...
Ruszając w dół zbocza, miałem okazję podziwiać skraj urwiska, którego surowe oblicze starałem się uwiecznić na tych oto zdjęciach:
To jedno z piękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem...
Druga strona prezentowała się nie mniej okazale...
Zostawiłem najwyższą górę Wicklow za sobą. Dopiero teraz, gdy na szlaku znajdowali się turyści, widać było ogrom urwiska, który tak gwałtownie opadał w dół zbocza...
Nie będę ukrywał, że zmęczenie dawało już mi się we znaki.
Nie wiem ile dotychczas przeszedłem kilometrów, ale czułem, że moje baterie, powoli się wyczerpywały. Na dodatek słońce nieźle spaliło mi skórę na rękach, więc musiałem okryć ręce, zakładając koszulę. Choć trasa wciąż prowadziła w dół i nie musiałem walczyć ze wzniesieniami, to i tak szedłem wolniej niż poprzednio. Paradoksalnie na widoki nie mogłem narzekać: Góry Wicklow są przepiękne...
Moje zejście robiło się coraz bardziej strome.
 Mój szlak prowadził dosyć blisko grani wąwozu, który dość dokładnie mogłem obejrzeć z tej wysokości ..
Z każdym krokiem robiło się dość niebezpiecznie.
 Nie przerażała mnie bliskość skraju urwiska co przerażała mnie moja miękkość nóg, które po tylu kilometrach lekko się trzęsły. Musiałem jeszcze bardziej zwolnić, gdyż zacząłem potykać się o wystające kamyki, istniało więc ryzyko upadku na sam dół wąwozu...
Szlak mój prowadził łagodnie w dół, na samo dno wąwozu, przy którym zostawiłem z samego rana swoje auto.I tylko ta myśl napędzała mnie do przodu, gdyby nie to, prawdopodobnie bym siadł i ze zmęczenia już nie wstał, aż do rana...
Podziwiając widoki, widziałem tam w dole leśny szlak, który tak wyraźnie oznaczał się z tej wysokości...
Zejście było strasznie męczące. Czułem się jak na schodach: co chwila musiałem stąpać na niże głazy, poruszałem się po miękkim torfie, skręcałem to w prawo, to w lewo omijając niewygodne obszary. Cieszyłem się tylko, że nie idę w drugą stronę... Tabliczka, która została wbita tuż przy szlaku, tylko potwierdzała trudność terenu...
Posuwając się naprzód, w dole doliny zobaczyłem usypane hałdy, tak zwany wyrobek - pozostałości z dawnych kopalń, które tutaj były czynne, sto lat temu...
W tym miejscu dogoniłem trójkę Irlandczyków i  już razem schodziliśmy Zic-Zakiem, szlakiem, który z góry przypominał literkę Z. Nawiązaliśmy rozmowę, z której wynikło, że dwaj starsi panowie są braćmi. Jeden z nich mieszka w USA i postanowił wraz ze swoim synem odwiedzić swoje dawne, rodzinne strony. Wydawało mi się, że kondycja starszych panów jest o wiele lepsza od pokolenia młodszego, tym bardziej że młody człowiek, pokonywał szlak w skarpetkach! Nieodpowiednie buty spowodowały masę bąbli, więc jedynym rozwiązaniem był marsz na boso....
Pokazałem panom jaką trasę przeszedłem i byłem lekko zszokowany zdziwieniem i wyrazami szacunku z ich strony. Z uznaniem kiwali głowami, a ja musiałem zobaczyć ileż to kilometrów przeszedłem, gdyż jak by nie było szedłem przez 8 godzin. Ten urokliwy mostek który uwieczniłem, był ostatnim moim zdjęciem wykonanym tego dnia...
W domu, przy użyciu linijki Google Earth, starałem wiernie odtworzyć swoją trasę.
Wynikło z niej, że przeszedłem, w linii prostej, po terenie górzystym 25 kilometrów.
 Faktyczna odległość, jest mi nieznana, ale czułem że sporo więcej.
Jestem przekonany, że w okresie jesiennym, gdy deszcz jest zjawiskiem codziennym, nigdy bym nie przeszedł takiej trasy. Trudność terenu, szczególnie w początkowej fazie marszu, wykończyłaby nie jednego, choć jestem pewien, że są i tacy, co szlak ten przeszli zimą.
Ja pokonałem swoje słabości, których mi nie brakowało. Choć pogoda w czasie marszu mi dopisała, wcale nie było mi przez to łatwiej, ale jakoś dałem radę.
Cały szlak Wicklow wynosi 129 kilometrów i większość przewodników podaje, żeby całość przejść potrzeba sześciu dni.
Może i kiedyś zdobędę i ja...






11 komentarzy:

  1. Wspaniała wyprawa, co za widoki....Ciągle wspominam tą naszą krótką wycieczkę w lipcu 2013. I coraz bardziej te okolice mi się podobają. Planowana na ten rok wyprawa na daleki Zachód okazała się nierealna ze względów finansowych. Więc jeśli jeszcze kiedyś udałoby się zawitać do Irlandii, to może właśnie Góry Wicklow? Oczywiście takiej trasy nie zrobię, ale chciałoby się pochodzić po tych szlakach w okolicy Glendalough, które wcześniej prezentowałeś. Znalazłem nawet fajne i niezbyt drogie BB w tamtej okolicy...No ale na razie to wszystko w sferze marzeń.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Wojtku. Z tego co wiem, to potrafisz realizować swoje marzenia....

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech !!!
    Warto było, warto było, warto było... !!!
    Zdjęcia cudowne !!! Chociaż "żywy krajobraz" jest o wiele piękniejszy - wiem to własnego doświadczenia.
    Uściski i gratulacje :)))*

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje :) Ja jesli chodzi o wspinanie sie to nie...moge maszerowac dosc dlugo (najdluzej to bylo chyb1 6 godzin bez wiekszego zmeczenia ani zakwasow) ale po w miare plaskim terenie. Zdjecia piekne. Dublinia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Dublinia! Pozdrawiam bardzo cieplutko

      Usuń
  5. 6 godzin nie 16! Dublinia

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobry test siły woli. Zwłaszcza gdy idzie się samemu i jeszcze jak to w Irlandii niewiele osób na trasie. Też niedawno byłem w Wicklow ale na krótszej trasie. Teraz planuje Mayo ale jakoś nie mogę się pozbierać :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej Zbeshek. udało sie fakt, ale też dzięki temu, że pogoda była dobra. Gdyby wiało lub padało, odpuściłbym w połowie trasy. Jakieś konkretne miejsce w Mayo? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Irlandia jest piękna i jest naprawdę co zwiedzać.

    OdpowiedzUsuń
  9. To fakt. Dwa lata objeżdżam i wciąż znajduje nowe miejsca...Pozdrawiam Ciepło

    OdpowiedzUsuń